Wycieczka do Leeds Castle
Ponieważ ostatni weekend był w Anglii weekendem długim, postanowiliśmy więc trochę pojeździć. Nie chciało nam się nocować poza domem, więc padło na krótką, jednodniową wycieczkę.
Jak sama nazwa wskazuje, Zamek w Leeds znajduje się jakies 300 km w lini prostej od miasta Leeds, a konkretniej to pomiędzy Londynem i Dover. Dojechać tam można ze stacji Victoria, ale uwaga! Pociągi kursują co godzinę, podróż trwa kolejne tyle. Mój plan był bardzo prosty – jedziemy najpierw do ww zamku, potem na okręta do Hastings (przez Ashford), tam oglądamy łódki, wskakujemy w autobus, jedziemy do zamku Bodiam po czym wracamy do Londynu.
Niestety, wykonanie powyższego planu okazało się dość kłopotliwe:
No comments
Klify Siedem Sióstr
Miałem napisać tego posta znacznie wcześniej, ale tak odkładałem, odkładałem, pojechałem do Niemiec na komunię chrześniaka, tam zastała mnie wiadomość o katastrofie Tu-154, co działo się potem to nikomu nie muszę tłumaczyć – żałoba i awantury skutecznie zniechęciły mnie do jakiejkolwiek aktywności blogowej.
Na początku kwietnia zrobiliśmy sobie wycieczkę do Seven Sisters – klifów położonych przy niezwykle popularnym Brighton.
Wyruszyliśmy z Londynu z samego rana – zapakowaliśmy się w pociąg z Victorii i pomknęliśmy na południe. Dla ciekawych – koszt biletu powrotnego to około 20 funtów za osobę. Podróż minęła szybko i bez opóźnień, po wysiadce skierowaliśmy się nad morze – ze stacji prosto jak strzelił ulicą w dół.
Główną atrakcją Brighton są plaże, pod warunkiem że nie przeszkadza nam fakt, iż są to plaże kamieniste (w dodatku z grubych kamieni). Pomimo tego że było słonecznie, morze (?) było zdecydowanie bardziej niespokojne niż nasz Bałtyk – spore fale wdzierały się czasami dość głęboko w plaże.
Kolejną atrakcją Brighton jest molo, na którym znajduje się lunapark z młotem oraz kasyno.
1 comment
Motor City
Czy pamiętacie wyobrażenia Stanów z wczesnych lat młodzieńczych? Kraj miodem i mlekiem płynący, bogaty, pełen możliwości. Wyjechać tam było marzeniem prawie każdego – nawet w czasach studenckich było trochę chętnych. Niestety od tamtego czasu Stany nieco podupadły.
Ja miałem jakieś takie podejrzenia już od ładnych paru lat (7? 10?), że z tą Hameryką nie wszystko jest tak, jak być powinno. Poszlakami były filmy i dokumenty – pomijając oczywiste przejaskrawienia przestępczości, biedę było widać w szczegółach – szczególnie gdy bohaterowie przejeżdzali przez wioski i miasteczka. Wyposażenie domów, wystrój przydrożnych barów, rozsypujące się samochody, zrujnowany sprzęt rolniczy gdzieś w tle – to wszystko wskazywało, że czas świetności USA mają już za sobą. Jednakże zepchnąłem to gdzieś w mało używane obszary mózgu
No i tak w sobotę w telewizorze ukazał mi się dokument BBC2: Requiem for Detroit. Nie spodziewałem się czegoś takiego. To już nie recesja i ubóstwo, to klimat z Fallouta i Mad Maxa w pełnej skali.
Ciekawa jest historia Detroit (za wiki):
1 comment
League of Legends
Jakiś czas temu zadzwonił do mnie Quonciu i poinformował, że wyszła “nowa gra”. Tak sobie jakoś skojarzyłem że pewnie mówi o Counter Strike, ale jednak nie: okazało się że miał na myśli League of Legends. Chcąc nie chcąc musiałem zainstalować i zobaczyć o co chodzi.
Na pierwszy rzut oka widać, że twórcy czerpali garściami z WoWa. No ale jako że WoWa wszyscy kochają, nie można tego uznać za wadę. Wszystko wyglądac cacy – dopracowane animacje, kolorowe lokacje i sporo ładnych efektów.
Do dyspozycji mamy bohatera, zaś naszym zadaniem jest obrona własnego obozu, przy jednoczesnym czynieniu wysiłków, aby obóz przeciwnika zredukować do kupy gruzu. W tym szczytnym przedsięwzięciu pomagają nam nasi podwładni – dziwne stworki pojawiające się cyklicznie na planszy (w grupach po 10 czy jakoś tak). Problem w tym, że przeciwnik też je spawnuje dokładnie w tym samym momencie, w wyniku czego spotykają się one na środku poziomu i tam kończą swój żywot. O wszystkim decydujemy więc my i nasze umiejętne wykorzystanie bohatera – jego czarów i przedmiotów.
Wybór fantów jest całkiem spory:
No commentsEryk pływa jak ryba
Dzisiaj jeden z moich szefów zaprezentował pokazał nam filmik z olimpiady w Sydney – 100m freestyle w wykonaniu Erica Moussambani’ego. Stef troche kpił sobie z gościa, ale on (jako IronMan) może
Tak czy siak lekki obciach, chociaż z drugiej strony facet podobno widział basem olimpijski po raz pierwszy w życiu – trenował na basenie 20 metrowym. Warto też zauważyć, że pobił swój rekord życiowy i rekord swego kraju (Gwinea Równikowa, populacja 616 tysięcy)
Jeżeli przypadkiem nie działałoby embedowanie (po polskiemu “zanurzanie”), to tutaj jest linek
Żeby nie było niedomówień – ja wcale się nie nabijam (no może troszkie), jestem pewien że mnie musieliby wyciągać z dna basenu, taki ze mnie delfin













