Skip to content


Fallout 3

Miałem chwilowo o tej grze nie pisać, przynajmniej aż do momentu gdy sobie nie wyrobię jednoznacznej opinii. Ponieważ jednak napotykam o niej sporo wpisow na blogach, postanowiłem wstukać swoje wrażenia. Grałem we wszystkie części (nałogowo), jestem po około 40h biegania po Waszyngtonie, w wersji na XBOX’a 360. Ten post będzie dość subiektywny, z punktu widzenia kogoś kto od lat czekał na tą grę. Najpierw trochę ponarzekam, poźniej powiem coś o pozytywach. Jeszcze jedno: F3 oparty jest na silniku Obliviona, wg mnie nieznacznie tylko zmienionym (wręcz kosmetycznie), nie bardzo rozumiem więc ludzi wieszających psy na pierwszym i chwalących drugi. Przecież to identyczne gry z innymi skinami i questami.

Chyba nikomu Fallouta przedstawiać nie muszę? Jest sobie świat równoleżny, w którym rozwinięto broń energetyczną, pancerze osobiste, zbudowano powszechne (no, prawie), zaawansowane schrony przeciwatomowe (Vaults) itp itd. Wszyscy żyją jak w amerykańskim śnie, jednak…

Dwudziestego trzeciego października roku 2077 jest wielkie BUM, zaraz potem kilka innych równie wielkich BUM i ludzkość cofa się do epoki kamienia łupanego (tj do biegania z dzidami, pałkami i wsuwania szczurów). Nieliczni szczęśliwcy siedzą sobie radośnie w Vaultach, inni (mniej radośnie) na zewnątrz. Wszyscy przyzwyczaili się do promieniowania, mutacji, prostytucji, przemocy i powszechnego nadużywania narkotyków. Tak czy siak, po raz kolejny musimy opuścić przytulny schron (tym razem numer 101) i zmierzyć się z nieznanym światem Wastelandu. Dlaczego? Bo musimy znaleźć tatę! Jak w balladzie naszego wieszcza: "Tato nie wraca, ranki i wieczory, we łzach go czekam i trwodze. Rozlały rzeki, pełne zwierza bory I pełno zbójców na drodze". Wypisz wymaluj Fallout 3. Nie wiem jak dla Was, ale ja to odebrałem jak cios laczkiem w gębę. Nie bardzo wiadomo czy śmiać się, czy płakać.

Pierwsze koty za płoty, wyłażę z Krypty i ostrożnie zaczynam zwiedzać okolicę. Oczywiście włażę na kretoszczury i idzie w ruch system walki VATS. Wspaniała animacja, bach bach i jeden zwierzak pada, niestety drugi gryzie mnie prosto w cztery litery. Ponieważ skończyły mi się AP (Action Points), zaczynam uciekać tyłem, klnąc na wolne odświeżanie się wskaźnika punktów. No i na początku tak to właśnie wygląda – zbyt mało amunicji aby strzelać w czasie rzeczywistym, mało AP, słabe wskaźniki, trzeba dawać dyla. Po jakimś czasie opanujecie to do perfekcji – bieganie tyłem w kółko i walka na przetrzymanie – czy uda mi się trafić criticala, czy skończy mi się amunicja, czy wpadnę na przeszkodę terenową i przeciwnik odrobi te kilka metrów, zatapiając we mnie kły/pazury/dzidę. Sama animacja strzelania za pomocą VATS na początku wygląda rewelacyjnie, później powszednieje i zaczynamy zauważać drobne błędy.

Na przykład patrzymy się na wroga A, zaznaczamy w VATS jego i kolegę z tyłu (nie pchać się, każdy dostanie!), rozpoczynamy sekwencję i widzimy jak nasz bohater ładuje serię w pierwszego gościa, poźniej w zwolnionym tempie celownik przenosi się na drugiego, seria, wracamy do czasu rzeczywistego i co? Celownik na wrogu A. Naprawdę można się pogubić szczególnie jak drugi przeciwnik jest pod dużym kątem (i w VATS się obracamy).

Kolejną rzeczą która mi się nie podobała są animacje śmierci. Strzelamy typowi w głowę, a tu odpadają mu nogi. No nie rozśmieszajcie mnie. Ciekawe rzeczy dzieją się z ciałami po śmierci – przewracają się dość naturalnie, widziałem jak Super Mutant dostaje serię z AK47 przez klatkę piersiową, stojąc przy ścianie. Oparł się o nią i tak już został (hmm a gdyby mógłby wpaść do szafy?).  Niestety gorzej gdy zwłoki wpadną do wody lub na schody – zaczynają się turlać, podskakiwać i zachowywać na tyle podejrzanie, że raz dla pewności wywaliłem z pół magazynka w martwego supermutanta.

Na koniec omawiania VATS zostawiam największy skandal: z AK47 i pokrewnych – poza trybem rzeczywistym – możemy strzelać tylko serią. Pozostawiam to bez komentarza.

A więc załatwiłem te kretoszczury i znalazłem miasto Megaton (swoją drogą zbudowane dookoła niewypału bomby atomowej, bardzo mi się to podobało). Ponieważ to pierwsze 40 minut gry, opiszę swoją przygodę z panem Burke. Otóż spotkałem tegoż osobnika w barze, po czym złożył mi on propozycję zdetonowania atomowego niewybuchu. Krótka kalkulacja – w diabły pójdzie bar, lekarz i sklep, nie wspominając już o tubylcach. Jako przykładny obywatel zasejwowałem i poszedłem podkablować gościa szeryfowi. Szeryf się trochę podminował, rzucił coś na kształt "Chodź ze mną, pokażę Ci jak działa prawo w Megatonie", poszedł do Burke’a, kazał mu iść za nim, po czym dostał od niego w krzyż tak, że nakrył się nogami. Następną ofiarą był sam Mr Burke – stwierdziłem, że nie warto robić sobie wrogów w Wastelandzie (plus, że może dać zlecenie na bombę komuś innemu) i odstrzeliłem mu łeb. Do czego jednak zmierzam – otóż po głębszym zastanowieniu postanowiłem dać szansę szeryfowi (sympatycny, grzeczny gość) – wczytałem grę jeszcze raz, wysłuchałem dyskusji dwóch panów, po czym rozwaliłem Burke’owi głowę gdy tylko sięgnął po broń. Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłem zezwłok szeryfa w drzwiach – daję słowo że żaden strzał nie padł. Trochę irytująca sytuacja (bug?).

Jako generalnie pozytywny bohater z zamiłowaniem do kradzieży postanowiłem coś zwędzić. Gdy nikt mnie nie widział zabrałem stimpacka. Jakież było moje oburzenie, gdy gra zakomunikowała mi, że spadła mi Karma. WTF? Już nawet kraść w spokoju nie można? O co tu chodzi? Najwyraźniej niezależny silnik gra tu rolę Boga i premiuje/karze nas za nasze akcje. Zrozumiałbym to, gdyby byli jacyś świadkowie, ale jeżeli jestem samw pokoju? Ciekaw jestem czy karma spadłaby mi bardziej, gdybym np okradł kogoś po kolei z wszystkich przedmiotów, czy też może gdybym go zastrzelił i zabrał je z trupa.

Drażni mnie też interakcja ze społecznościami w F3 – przykładowo nawiązałem stosunki handlowe z klanem Outcast, przy okazji przyniosłem im trochę technologii, patrzę a koleś któremu miałem opchnąć pół bagażu leży sztywny. No to zabrałem mu klucz do ich siedziby, wchodzę, i nagle wszyscy dookoła zaczynają do mnie strzelać. I to z cholernych gatlingów. Zrobiłem w tył zwrot, opuszczam lokację, a tu pani, która przed chwilą była bardzo sympatyczna, tłucze do mnie z miniguna! W związku z tym, że zapomniałem wcześniej zapisać gry, stanąłem przed trudnym dylematem: albo tracę 40 minut, albo ta pani i jej kolega gryzą ziemię. No i będzie mi ich brakowało. W przyszłości będę musiał rozwiązać kwestię pozostałych Outcastów. Niestety – w sumie ich lubiłem. Takie sytuacje zdarzają się częściej – zapomnicie zasejwować, popełnicie błąd i ktoś musi zginąć.

Odnośnie systemu punktów – jest on przeniesiony z poprzednich części – robimy coś (najczęściej kogoś zabijamy) i otrzymujemy za to xp. Po zgromadzeniu odpowiedniej ilości możemy rozdzielić X punktów pomiędzy nasze umiejętności, a także wybrać jeden z odblokowanych perków. Jest to ukłon w stronę miłośników serii, jednak wyobraźcie sobie, że mordujecie wszystko dookoła za pomocą pistoletu, awansujecie level i zwiększacie sobie np. Big Guns. Zróbcie tak kilka razy i mamy następująca sytuację: pomimo eksterminacji kilkuset przeciwników za pomocą Small Guns, nasz bohater jest ostatnim cieniasem w tym skillu, za to zna się całkiem nieźle na np Minigunach (których na oczy nie widział!). Tak chyba to działa, nie przeprowadzałem dokładnych badań, ale pomimo rzucania granatami na prawo i lewo umiejętność ta pozostała u mnie na niskim poziomie. Bardziej podobał mi się system z Obliviona – rozwijamy te umiejętności, z których korzystamy. A jeżeli chcemy podciągnąć sobie inny wskaźnik, to musimy zacząć robić rzeczy, które dadzą nam odpowiednie xp (tak! uwielbiałem skakać w Oblivionie aby zwiększyć Acrobatics!). Byłoby to zdecydowanie bardziej logiczne.

Świat w F3… Szarobury, czyli taki jaki być powinien po wojnie nuklearnej. Ani piękny, ani brzydki. Denerwująca jest budowa mapy – całe miasto jest obrócone w perzynę, budynki w rozsypce, pomimo tego nie możemy poruszać się bez ograniczeń – zwały gruzu skutecznie w tym przeszkadzają. To lekka przesada, w tej serii zawsze można było chodzić gdzie się chciało. Nie wiem jaki jest powód takiego stanu rzeczy – czy to aby nie po to aby zmusić nas do podróżowania tunelami metra? Jak będę miał ochotę to sobie je zwiedzę! Dobrze, że po odkryciu i dotarciu do lokacji możemy skorzystać z szybkiego podróżowania. Tak czy siak – wizualnie wszystko jest ok. Może trochę bardziej widać frustum culling, tj idąc widzimy jak w oddali nagle pojawiają się obiekty – ale to chyba nieuniknione przy tak ogromnych, pustych przestrzeniach (brak drzew i lasów). Nie rozumiem czym ludzie się zachwycają – gra nowej generacji, oparta na silniku Obliviona musi wyglądać dobrze. Koniec kropka.

Przeciwnicy. Zdecydowanie szkoda że zniknęły Floatery, Alieni i Gecko. Z nowych pojawiło się kilka robotów, mirelurki, radokaraluchy (zamiast modliszek?) oraz bardzo groźne Yao Guai – zmutowane czarne niedźwiedzie, szybkie i zabójcze. Bardzo dobrze zrobione są DeathClawy – spotkanie z nimi to naprawdę nic miłego – kilka sekund i są przy nas, następne kilka sekund i zostajemy rozczłonkowani. Trochę rozczarowują mnie Centaury – poprzednio był to groźny przeciwnik, obecnie to coś na kształt wściekłego psa. Większośc przeciwników ma swoje słabe punkty – strzelając w klatę super mutantowi zadajemy niewiele obrażeń (pancerz), strzelając w opancerzoną część nogi tak samo, ale strzelając w miejsca gdzie pancerza nie ma – obrażenia są większe. AI jest całkiem na poziomie – to znaczy przeciwnicy zachowują się dokładnie jak w Oblivionie ;) Uciekają żeby po chwili powrócić itp itd.

Nie wiem jak Was, ale ja zwróciłem uwagę na nieco inny klimat w grze – co stało się z tymi wszystkimi dziwkami i narkomanami? W F2 wchodziło się do czyjegoś domu i od razu wiadomo było z kim mamy do czynienia – chemia, chemia, chemia. Tak samo z miastami – dziwki próbowały się sprzedać, junkies prosili o pieniądze na dragi,, wszystko było tym nasycone. W tej grze tego nie ma, a szkoda. Znak nowych czasów pełnych politycznej poprawności? Pewnie tak, zważywszy że Australia nie chciała dopuścić gry do sprzedaży z uwagi na występowanie w grze narkotyków. Wstyd panowie.

Nieporozumieniem jest też lokalna mapa – nigdy nie wiem co jest co. Inna rzecz że praktycznie z niej nie korzystam.

Już prawie skończyłem narzekać… Jeszcze tylko jedna sprawa… GDZIE DO CHOLERY PODZIAŁ SIĘ PANCOR JACKHAMMER? Jakim złośliwym bydlakiem trzeba być żeby usunąć tą broń z gry? Łby powinny polecieć w Bethesdzie za tą decyzję. Przecież to shotgun – symbol. Mówisz Pancor Jackhammer i myślisz Fallout. Jestem naprawdę zawiedziony – pal licho wszystkie poprzednie niedociągnięcia, nie ma PJ. VERY ANNOYING!

No to teraz czas na pozytywy.

Wreszcie amunicja nic nie waży. Mało realistyczne ale bardzo przydatne – szczególnie jak ktoś biegał drobnym bohaterem w F2, jednocześnie korzystając z miniguna (który wręcz pożera amunicję). Bardzo dobre posunięcie, tym bardziej że nowy tryb walki (czas rzeczywisty) powoduje dużo większe zużycie naboi.

Trójwymiarowe środowisko dodało do klimatu gry jedną rewelacyjną rzecz – strach. W poprzednikach nie można było się przestraszyć, co najwyżej lekko zdziwić (najczęściej nieprzyjemnie). W najnowszym Falloucie zdarzyło mi się nieraz podskoczyć i puścić wiązankę pod czyimś adresem – z reguły do przeciwnika który wskoczył mi cichaczem na plecy, czasami odnośnie miny która niespodziewanie wybuchła pod moimi nogami. To przekłada się na sposób zwiedzania świata – idąc przez pustkowie sprawdzam teren, w budynkach i kanałach najczęściej się skradam (mam wtedy ostrzeżenie na wyświetlaczu że ktoś mnie zauważył).  To jest chyba największy plus nowej części.

To, a także ciągłość świata i jego ogrom – już nie jesteśmy przesuwającym się na mapie krzyżykiem, z przypadkowymi spotkaniami po drodze. Zaczynamy zwracać uwagę na ukształtowanie terenu i stan naszego uzbrojenia – np mając sporo amunicji do snajpy preferuję pustkowia i szerokie ulice, jeżeli korzystam ze strzelby to rumowisko i zaułki bardziej do mnie przemawiają. Mamy walkę na dystans i w zbliżeniu, wreszcie sensowne stało się zaminowywanie terenu (w poprzednich częściach z min korzystałem sporadycznie, obecnie wręcz nagminnie).

To mniej więcej tyle moich przemyśleń – najlepszym wyznacznikiem jakości gry jest fakt, że tłukę w nią ostatnio niemiłosiernie (od momentu gdy przestałem być cieńkim bolkiem i podrasowałem współczynniki). Nie ma się więc co przejmować moim narzekaniem. Stary dziad jestem i długo czekałem na trójeczkę, nieco inaczej ją sobie wyobrażając. I pomimo tego że jest naprawdę dobra, mam wrażenie że mogłaby być jeszcze lepsza. Jak stara żona – trochę ją kochasz, trochę nienawidzisz, trochę psy na niej wieszasz, jednocześnie ciesząc się że jest.

No to idę sobie pobiegać po pustkowiach Waszyngtonu ;)

Posted in Gry.


2 Responses

Stay in touch with the conversation, subscribe to the RSS feed for comments on this post.

  1. Odchudzanie says

    Przekonałeś mnie! Muszę mieć tą grę!
    Trailer wygląda obiecująco…
    pozdro!

  2. ziutek says

    opis rewela



Some HTML is OK

or, reply to this post via trackback.